czwartek, 30 sierpnia 2018

Współczesne Top 50

 

NUMER 32: Ford F-150 SVT Raptor

 



Witam, już pora na kolejny artykuł!

W dzisiejszym materiale skupimy się na pewnym typowym przedstawicielu amerykańskiej motoryzacji. W zasadzie jest tak bardzo amerykański, jak to tylko możliwe. Produkowany przez firmę Ford, ma nadwozie typu pick-up, pod maską głównie silniki V8, masywne nadwozie, słuszne wymiary, i o dziwo przystępny stosunek ceny do oferowanej wartości.

Pewnie większość z was już doskonale wie, o jakim modelu mowa. To model F-150, a w przypadku mojej listy marzeń konkretnie (a jakże) topowa odmiana SVT Raptor.



Na początek parę słów o samym modelu F-150. Przede wszystkim jest to drugi na świecie model pod względem liczby wyprodukowanych egzemplarzy. Daleko za tym modelem znajdziemy w tej kategorii takie auta jak: Volkswagen Garbus, Golf, czy Honda Civic. Lepsza jest tylko Toyota Corolla. Od rozpoczęcia produkcji ponad 40 lat temu modeli z serii F wypuszczono już ponad 34 miliony egzemplarzy, co oznacza, że obecnie średnio co 30 sekund kolejny egzemplarz modelu znajduje nabywcę. Dla Amerykanów ten model jest przeciętnym, typowym środkiem transportu z punktu A do B, tak jak u nas jest to Ford Focus, czy Opel Astra.

Wyobrażacie sobie to? Przeciętnie zarabiający Amerykanin jest w stanie po niezbyt długim czasie kupić sobie takiego nowego pick-upa z V6 lub V8 bazowo pod maską, z przyzwoitym wyposażeniem, i sporą ilością miejsca, podczas gdy my Europejczycy wozimy się kompaktami, kombi, i małymi crossoverami z silnikami w duchu downsizingu, który nieraz oznacza zaledwie 3 cylindry, nie wspominając o standardowych już dziś turbinach. Tymczasem w amerykańskich autach z „paką” za pasażerami mamy duże wolnossące jednostki benzynowe (lub znacznie mniej chętnie wybierane równie wielkie turbodiesle), które jednak nie są tak prymitywne konstrukcyjnie jak myślicie.



Mają systemy odłączania cylindrów przy niewielkim obciążeniu, sprytne automatyczne skrzynie o nawet 10 przełożeniach, które dbają o niskie obroty podczas snucia się po autostradzie z jednakową prędkością, i wiele nowoczesnych sprytnych rozwiązań, których nie jestem w stanie wam wytłumaczyć, gdyż nie jestem w tej materii żadnym inżynierem. Powiedzmy po prostu, że stosowane są różne sztuczki, i patenty, i w efekcie duże V8 potrafi przy zwykłej jeździć palić tyle, co mocniej kręcona 4 czy ”5-cylindrówka”.
 
To tyle tytułem wstępu, bo przecież ja nie skupię się na jakiejś typowej ‘masówce”, tylko na tym co kręci nas najbardziej. Otóż Ford bardzo chętnie podkręca osiągi swoich pick-upów, dodając mocy, zmieniając charakterystykę prowadzenia, a w celu stworzenia topowej wersji topowego modelu nawet kieruje swoje kroki do zewnętrznych firm tuningowych z Ameryki, by jeszcze bardziej urozmaicić wybór i tak już rozpieszczonym klientom. Jedną z firm chętnie przyjmujących zamówienia na rasowe bryki jest firma Hennessey, która już dość długo działa w tej materii. W wersji VelociRaptor przeprojektowanej właśnie przez Hennessey mamy do dyspozycji monstrualne już 650 konie mechanicznych!




Kiedyś sportowy oddział wewnętrzny Forda nosił nazwę SVT (Special Vehicles Team), dziś przemianowany na prostsze do zapamiętania Ford Performance. I to właśnie on oferuje niewiele mniej ekstremalne od Hennessey odmiany modelu F-150. Co zatem dostajemy w tym przypadku? Zawieszenie zdolne do ciężkiej jazdy terenowej, osłony podwozia przed uszkodzeniami, podrasowany do około 420 koni mechanicznych silnik 6.2 V8, napompowane niczym po wizycie na siłowni nadwozie, terenowe koła, bogate wyposażenie standardowe, i dedykowane elementy wnętrza (plakietki, dodatkowe zegary na środku kokpitu, różne tryby jazdy, itd.), ale przede wszystkim coś co jak doskonale wiecie uwielbiam, czyli opcjonalne bajeranckie oklejenie auta.



Wszystko to sprawia, że możemy wybrać się na pustkowia, których w Ameryce nie brakuje, zabrać zapas burgerów i coli (w środku pełno schowków i uchwytów na kubki, i to potężnych rozmiarów, a nie na żadne tam małe kubeczki), i szaleć po wybojach, czując się jak na rajdzie Dakar. Zawieszenie godnie znosi potężne skoki, tłumi duże dziury lepiej niż każda limuzyna, auto brnie nieustępliwie na przełaj przez krzaki i wydmy niczym czołg, i grzmi swoim dźwiękiem doładowanej V-ósemki na całą okolicę, dzięki czemu wystraszycie wszystkie gady i sępy szukające swojego miejsca w tych nieprzyjaznych okolicznościach przyrody. Ale nie dla nas, bo mamy klimatyzację, chłodzone schowki, wielki zbiornik paliwa, zapasówkę (jeśli chcemy) na pace, wielkie wygodne fotele i podłokietniki, dobrą widoczność otoczenia poprzez duże pionowe niemal szyby. Ponieważ auto ma ponad 5 metrów długości, 2 metry szerokości, dużą odległość między osiami, i wysoko umieszczone fotele, jest stabilny podczas szaleństw, i nie zaskoczy nas niespodziewaną zmianą kierunku. Przez słuszną masę pojazdu znacznie przekraczającą 2 tony każdy poślizg, pokonany zakręt, i proces przyspieszania (płynnego) wydaje się, jakby ktoś włączył efekt slow-motion. Nie wiem jak Wy, ale ja marzyłbym o takim wypadzie w teren. Zabawa i adrenalina gwarantowane! 



Pamiętajmy tylko o jednym. To, co sprawia że w terenie nic nie jest w stanie popsuć nam świetnej zabawy, staje się dosyć irytujące podczas powrotu do domu, czy codziennej przejażdżki po ulicach San Francisco, czy Los Angeles. Agresywne wchodzenie w zakręty kończy się mocnym przechylaniem nadwozia i wypadaniem z linii jazdy, opony z głębokim bieżnikiem (do walki z piaskiem i błotem) przy większej prędkości mocno hałasują przez opory toczenia, a wszelkie manewry w ciaśniejszych miejscach szybko przypomną nam o mocno ograniczonej zwrotności niemałego przecież pojazdu. Problemem będzie też duże spalanie przy każdym dynamicznym manewrze, co oznacza stosunkowo niewielki zasięg mimo dużego zbiornika. Ale cóż, tyle charakteru musi mieć swoją drugą stronę.

Myślę jednak, że to głównie problemy nas Europejczyków, bo na praktycznie każdym skrawku przestrzeni mamy tereny zabudowane, ostre zakręty, ciasne parkingi, i walkę o każdą lukę w ruchu drogowym. Nie ulega wątpliwości, że większość tych problemów nie dotyczy przestrzennie rozproszonej Ameryki.

Z wad można jeszcze wymienić niezbyt wytwornie wykonane wnętrze, choć ma swój unikalny projekt. Jakość niektórych plastikowych elementów wnętrza też nie rzuca na kolana. I częściowo stąd przystępna jak na możliwości cena. Ale to nie dla wnętrza kupuje się to auto, tylko dla jego prezencji i zdolności dynamicznych! Poza tym takie wnętrze można łatwiej wyczyścić i doprowadzić do porządku, gdy osiądzie na nim pustynny pył dziko wzniecany wcześniej przez kierującego.



A zatem mimo tego, że auto jako całość jest dalekie od ideału, to i tak kocham je za autentyczność, że nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest. Najważniejsze, że ma swój unikalny charakter, nie przejmuje się jakimiś zbędnymi ograniczeniami. Jest rasowym, groźnym pogromcą niedostępnych dla większości aut terytoriów, zabawką dbającą o zapewnienie swojemu posiadaczowi odpowiedniej dawki adrenaliny, dzięki dużej przestrzeni pasażerskiej i ładunkowej modelem mimo wszystko przydatnym na co dzień, zwłaszcza gdy mieszkamy z dala od centrum lub na odludziu. Możemy zawieźć dzieci do szkoły, zrobić po drodze zakupy, w międzyczasie poszaleć po bezdrożach, a wieczorem razem z zakupami oraz pociechami na tylnej kanapie udać się z powrotem do domu w spokojnym, cichym, acz dynamicznym tempie. Zaś gdy z rana chcemy zapewnić sobie dobre pobudzenie, wystarczy wdusić pedał gazu do podłogi. Piękny klasyczny dźwięk V8, wyjącej turbiny, i towarzyszące im obu uczucie wciskania w fotel z pewnością załatwią sprawę.


Dziękuję za lekturę i zapraszam na następne wpisy, trzymajcie się!


Źródła zdjęć: Hennessey Performance, F-150 Raptor 4-drzwiowy , Raptor 2-drzwiowy


 

środa, 1 sierpnia 2018

Test specjalny - część 4: Alfa Romeo Giulia Quadrifoglio

 

Serdecznie witam po dłuższej przerwie!




Dzisiejszy artykuł traktuję jako wyjątkowy, ponieważ miałem ogromną przyjemność przejechać się po torze Poznań przepięknym i wyjątkowym samochodem, jakim jest:

Alfa Romeo Giulia Quadrifoglio! :)

Przejazd odbył się w ramach realizacji vouchera, który otrzymałem z okazji urodzin. Voucher ten pozwalał na przejazd po torze za kółkiem konkretnego samochodu. W moim przypadku była to właśnie ta piękna, ognista "włoszka".

Od czego by tu zacząć? Przede wszystkim nie ukrywam, że miałem duże oczekiwania wobec tego samochodu, ponieważ jeszcze długo przed przejażdżką czytałem o nim niejeden test w prasie motoryzacyjnej, oraz rzecz jasna oglądałem wielokrotnie testy przeprowadzane przez m.in. Chrisa Harrisa z Top Gear (po zmianie prowadzących show), niektórych videoblogerów, ale przede wszystkim przez najbardziej charakterystycznego dziennikarza motoryzacyjnego, jakiego widział świat, czyli samego Jeremy'ego Clarksona w jednym z odcinków nowego internetowego show Amazona, czyli "The Grand Tour".



Zanim przejdę dalej, pora na krótką retrospekcję. Dawno dawno temu, gdy firmy takie jak Audi, BMW, czy Jaguar dopiero budowały swoją renomę aut premium, czy też (pomijając pierwszego z wymienionych) zaczynały stawiać na emocje i sportowe usposobienie, marka Alfa Romeo była swego rodzaju punktem odniesienia, wzorcem prowadzenia, zapewnianych emocji, urzekającego wyglądu, charyzmy i pasji płynących z historii włoskiej marki. Przed powstaniem Ferrari, za to razem z Maserati te dwie firmy z branży automotive były w świecie aut prestiżowych, z tym że Alfa oznaczała lekkość i zwinność wyniesione do wysokiej rangi wraz z niedoścignienie pięknymi nadwoziami, zaś Maserati było jeszcze trochę wyżej pozycjonowane, jeszcze trochę droższe, z tym że tu przeważała ponadprzeciętna elegancja, komfort podróży, i wyjątkowe doznania z posiadania i podróżowania modelami tejże marki. Po prostu magnifico.



Warto też zaznaczyć, że Alfa Romeo jest jedną z najstarszych marek samochodowych w historii, niewiele młodsza stażem od np. firmy Mercedes-Benz. Biorąc wszystko powyższe pod uwagę, tym trudniej było wszystkim automaniakom spokojnie obserwować to, co przeżywała marka w latach 80-tych XX wieku. Coraz gorsza sytuacja finansowa, mniejsze budżety na nowe modele, próby kooperacji z innymi markami w celu powiększania gamy w końcu doprowadziły do tego, że w 1986 roku markę przejął koncern Fiata. I to patrząc z perspektywy czasu okazało się przynajmniej dla mnie gwoździem do trumny, jeśli chodzi o upadek budowanej przez lata renomy firmy z Mediolanu.



Co się złożyło na ów upadek? 

Po pierwsze, rezygnacja z typowych, wieloletnich dla Alfy Romeo rozwiązań technicznych, takich jak napęd na tył czy silniki typu boxer (z "leżącymi" przeciwsobnie pracującymi tłokami), i zastąpienie ich przez napęd na przód, i jednostki zapożyczane wprost z Fiata, zamiast opracowywanych specjalnie dla Alfy. 
Po drugie, stylistyka modeli Alfy Romeo aż tak nie porywała, daleko jej było do dawnych tak pięknych modeli jak Giulietta Sprint Veloce, 2600, Spider Duetto. Dopiero na przełomie XX i XXI wieku styliści zyskali nieco pozytywnego natchnienia. 
Po trzecie, firma zaniedbała swój wizerunek, nie odnosząc już znacznych sukcesów w sporcie, przez mechanikę Fiata za to zapracowała sobie niestety na opinię auta delikatnie mówiąc "nieprzewidywalnego" w kwestiach technicznych. Oczywiście nie ulegam żadnym stereotypom, jestem od tego daleki, ale jednak dużo podzespołów w ówczesnych modelach ulegało szybkiemu zużyciu. Che peccato!




Na szczęście niedawno koncern Fiat Chrysler Automobiles zdecydował się odbudować legendę tej marki, i zwiększyć jej obecność na świecie zupełnie nowymi, opracowanymi od podstaw modelami. Pierwszym owocem tej rewolucji stała się właśnie nowa Giulia, imienniczka dawnego sedana o tej samej nazwie. I trzeba przyznać, że styliści znowu "popłynęli"  z designem, auto choć wciąż dość zachowawcze w stosunku do dawnych wielbionych modeli, jest niemniej moim zdaniem jednym z bardziej atrakcyjnych nie tylko w swoim segmencie (klasa średnia premium), ale też w całym zalewie nowości.




Piękna smukła sylwetka, tradycyjny trójkątny wlot na środku przodu (po włosku zwane "Scudetto" czyli tarcza), i całkiem zgrabny tył modelu zachęcają do kontemplowania. Mnie osobiście najbardziej podobają się opcjonalne felgi w stylu Alfy o wzorze kwiatka (połączone ze sobą okręgi, większe lub mniejsze do wyboru). A zatem auto idzie z duchem czasu gdy chodzi o wygląd, ale wciąż zachowało to, po czym poznawało się tę markę w zasadzie od początków istnienia jej aut drogowych. Niczym bella ragazza!




Gdy wejdziemy do środka, kolejny szok. Nic nie stuka, nie trzeszczy, nie ma raczej tandetnych plastików (jak już to tylko tam, gdzie rzadko patrzymy, czy sięgamy dłonią). Jest za to nowoczesny system multimedialny, zegary głęboko osadzone w sportowych "tubach", spłaszczona od dołu rasowa kierownica, guzik startera nietypowo na kierownicy, włókno węglowe i skóra na desce rozdzielczej, no i oczywiście sam rysunek całego kokpitu wygląda znakomicie, nie jest żadną kopią pomysłów innych producentów. 

Molto bene!



Do tego sportowe i wygodne zarazem fotele ( i wreszcie normalna pozycja za kierownicą, a nie skrzywiona), całkiem sporo miejsca (przynajmniej dla mnie), i dla twardo stąpających po ziemi bagażnik o przyzwoitej wielkości i kubaturze. A niech to, jak dotąd Alfa Romeo naprawdę się postarała! Ale żeby w moim odczuciu "wróciła na szczyt", musi udowodnić, że i podczas jazdy czar nagle nie pryśnie, coś za co krytykowaliśmy Alfę po włączeniu w struktury Fiata. Miała nieraz mocne silniki, ale nie bardzo grało to z możliwościami zawieszenia.

Zapraszam na profil Facebook , jak również bezpośrednio do fotorelacji z całego dnia .

I teraz pewnie pomyślicie: przecież nie może być aż tak dobrze, pewnie celowo ją tak skomponowali, żeby przez sympatię dla marki przymknąć oko na kiepskie prowadzenie".




Ale i tu nic z tego! Jak pamiętacie, miałem okazję jeździć Audi R8, ale szczerze przyznam, że jak na sedana z silnikiem z przodu, Alfa jest diabelnie dobra na torze! Chyba "R-ósemka" musiałaby się zdrowo napocić, żeby ją "połknąć". Ani śladu podsterowności, jakby miała silnik za mną, a nie przed. Genialne hamulce, szybka reakcja na skręt kierownicą, piękny dźwięk silnika V6 (za chwilę o nim szerzej), fantastyczne trzymanie boczne w zakręcie, i sprytna automatyczna skrzynia biegów, wyprzedzająca wręcz moje zamiary. Jedyne co zakłócało moją płynność jazdy w zakrętach, to podwójne doładowanie. Gdy chciałem odrobinę ująć lub dodać gazu podczas pokonywania łuku, turbiny ustawały lub w tym drugim przypadku niespodziewanie zaczęły ponownie pchać silnik do przodu. To powodowało, że musiałem nieco korygować tor jazdy, pogłębić lub wyprostować skręt kierownicy. Ale jak już wspomniałem ze względu na świetną przyczepność mogę to Alfie łatwo wybaczyć. Fotel świetnie trzyma ciało, kierownica jest poręczna, i ma manetki do manualnej zmiany biegów, zegary są widoczne mimo dużej osiąganej prędkości, siedzi się nisko, dzięki czemu czuć, na ile jeszcze można wycisnąć z auta tego, co oferuje najlepsze. Mamma mia, grande macchina!



Wisienką na tym słodkim włoskim, przygotowanym przez maestro italiano torcie, jest silnik w modelu Quadrifoglio (czterolistna koniczyna). To sześciocylindrowa jednostka w układzie V, z podwójnym doładowaniem, z kątem rozwarcia cylindrów 90 stopni. 
Ma 510 koni mechanicznych i 600 Nm momentu obrotowego. Do 100 km/h startuje w zaledwie 4 sekundy, i maksymalnie pruje 307 km/h. Alfa Romeo w swoich dawnych modelach miała już niejeden silnik V6, w modelach tych jeszcze całkiem świeżych stał się wręcz jednym z obowiązkowych dla fanów motoryzacji elementem. Z tym że wtedy były to jeszcze jednostki bez żadnego "wsparcia". I stąd ten unikalny, niskotonowy bulgot. W obecnej Giulii ogólny dźwięk charakterystyczny dla włoskich V6 pozostał, jednak bulgot nabrał dużo wyższych tonów, zwłaszcza przy wysokich obrotach. Ale uwierzcie mi, i tak po wciśnięciu gazu banan na twarzy gwarantowany! Ten silnik tak wciska w fotel, ma tyle zapasu mocy, nigdy nie trzeba czekać jak na typowego włocha, aż dopije łyka espresso i dopiero się obudzi, prędkość narasta w niesamowitym tempie. Ta V-szóstka jest wręcz jakby napędzana espresso, którego przy agresywnej jeździe będziecie musieli jednak dolewać stosunkowo często, by włoszka chciała dalej kusić swoimi zacnymi atrybutami.


 
Co więcej mogę powiedzieć? Gdybym miał wolne 400 000 złotych w kieszeni (bo tyle mniej więcej kosztuje topowa wersja Quadrifoglio), nie wahałbym się ani przez moment! Najlepsze jest to że jak już się wyszalejemy, i nasycimy energią naszej czterokołowej partnerki, możemy spokojnie: wybrać się w podróż powrotną do domu, czy na urlop w komforcie, ciszy, ze swoimi ulubionymi rzeczami wyjazdowymi, przy akompaniamencie ulubionej muzyki z dobrego systemu audio, z ukochaną rodziną (lub partnerką/partnerem), i przy wolniejszej jeździe poprawić nastrój wszystkim maniakom motoryzacji przechodzącym obok Was, którzy z rumieńcami na twarzy będą oglądać to piękne współczesne motoryzacyjne arcydzieło, a przy wciśnięciu gazu wręcz ugną im się kolana z zachwytu nad instrumentem grającym autorstwa Alfy! :D



Jeśli jednak zwykła wersja Giulii zachwyca Was niewiele mniej od jej wersji QV, to można ją nabyć w podstawie za około 160 000 złotych, a to już dość przystępna cena jak za wygodne, dopracowane auto wypuszczone przez firmę z takim dziedzictwem i rzeszą zwolenników. Podsumowując, to auto bezapelacyjnie wbiło się właśnie zarówno do mojej listy Top 50, jak i do głębi mojego serca, i jako maniak motoryzacji me serce cieszy się niezmiernie, że Alfa prawdopodobnie już niebawem wkroczy ponownie w złotą erę. 
A to za sprawą kolejnych modeli, jak wypuszczone już na rynek Stelvio, oraz nadchodzące GTV, 8C, nowa Giulietta, i kilka innych będących w fazie projektu nowości. Czekam! 

To tyle ode mnie na dziś, emocji było co nie miara, oby jak najwięcej takich nowości na rynku! 
Niestety coraz bardziej takowych właśnie brakuje, zatem kochajmy je i kupujmy! 

Ciao, arrivederci :D


Źródło zdjęcia klasycznie pięknej Alfy: www.petrolicious.com






czwartek, 15 lutego 2018

Współczesne Top 50

 

NUMER 33: Aston Martin V12 Zagato

 



Witajcie, czytelnicy!

Przyszła pora, aby przedstawić Wam auto, o którego istnieniu wiele osób prawdopodobnie nie wie, lub też ostatni wyraz w nazwie niewiele mówi. A zapewniam Was, że to właśnie dzięki temu przydomkowi samochód ten zasługuje na specjalne miejsce spośród całej "armii" podobnego typu samochodów sportowych.

Po pierwsze już sam fakt, że jest to Aston Martin, pozycjonuje go dość wysoko w hierarchii producentów samochodów. Po drugie, ma wspaniały, będący na wymarciu niczym zagrożony gatunek silnik V12, o cudownym brzmieniu, potężnej sile, i dopracowanej na przestrzeni lat konstrukcji. Po trzecie, to nie jest zwykły Aston Vantage V12, lecz technicznie bazująca na nim wersja limitowana, zaprojektowana przez włoskie studio projektowe o nazwie "Zagato", słynące z nietypowej szkoły designu, nieraz budzącej kontrowersje, ale również i podziw dla pracy inżynierów od nadwozia. Wyprodukowanie każdej sztuki tego auta pochłaniało 2000 roboczogodzin, z czego sam proces lakierowania to około 100 godzin, ponieważ każdy lakier użyty do tego auta jest wyjątkowy, ma głęboką barwę, prezentuje się nieziemsko.



Skoro już wstępnie wiemy, z jaką maszyną mamy do czynienia, przyszła pora na trochę szczegółów i smaczków. Zapytacie zapewne, czy zwykły Aston Martin V12 Vantage nie jest już wystarczająco "ekstra", by zasłużył na wyróżnienie? Macie sporo racji, ale wersja Zagato powinna być potraktowana jako doskonała lokata kapitału, ponieważ pierwotnie planowana liczba wyprodukowanych sztuk wynosiła 150. Jednak wiele źródeł donosi, że ostatecznie ich liczba na świecie jest jeszcze mniejsza, ponoć ostatecznie 101 egzemplarzy. A zatem już w chwili opuszczenia fabryki, i przekazania egzemplarzy właścicielom, prawie natychmiast zaczęły przybierać na wartości.

Ale chęć inwestycji nie jest jedyną przesłanką dla posiadania tego auta. Nawet ważniejsze jest to, że mamy do czynienia z nieco usprawnioną technicznie wersją zwykłego V12 Vantage. Zagato jest trochę lepiej przystosowane do torowej jazdy. Ma sztywniejsze zawieszenie, mniejszą masę własną, oraz opcjonalnie pakiet spojlerów poprawiający docisk na zakrętach. Co do wyglądu, to szczególnie przednia osłona (a raczej paszcza) chłodnicy, i kształt tylnej części wzbudzają mieszane odczucia, ale takie właśnie są cechy charakterystyczne nadwozi tego studia projektowego. 


A zatem mamy typowego Zagato, który ma ogromny, pękaty wlot powietrza w przednim zderzaku, dach z dwoma garbami, dość mocno pochyloną (nieco w stylu Porsche 911) tylną część nadwozia, i małe pojedyncze, okrągłe tylne reflektory. Jednych to podnieca, innych odrzuca, ale najważniejsze, że nie pomylicie go z żadnym innym sportowym modelem, no może poza innymi modelami spod ręki Zagato, ale i tu różnice między modelami są dość łatwo dostrzegalne, nie ma tu zasady "kopiuj-wklej", tak modnej ostatnio w Audi, czy Mercedesie.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że nie jest to auto wyścigowe z krwi i kości. Wprawdzie powstały wersje wyczynowe, biorące udział w wyścigach torowych, ale model drogowy nie ma z nimi zbyt dużo wspólnego. Wnętrze samochodu zostało w większości przeniesione ze zwykłego V12 Vantage, i dobrze, bo wygląd kokpitu, i jakość wykonania nie pozostawiają nic do życzenia. Seryjnie dostajemy tu bardzo skuteczne i odporne na przegrzewanie ceramiczne hamulce. Tylko elektronika już trochę niedzisiejsza, w końcu produkcja modelu Vantage rozpoczęła się w 2005 roku. Oczywiście w międzyczasie trochę usprawniono niektóre bolączki, ale czuć jednak, że to raczej nie auto z epoki paneli dotykowych, sterowania gestami, czy trybów autonomicznych. Jednak jest coś, po czym poznamy od wewnątrz, że jedziemy wersją Zagato, mowa o specjalnej tapicerce skórzanej na drzwiach, fotelach i podsufitce. Ma pofalowane przeszycia, i wygląda obłędnie.



Od strony technicznej tylko krótko wspomnę o podstawowych parametrach: silnik ma niemal 6 litrów pojemności, jest wolnossący, do dyspozycji kierowcy jest 517 koni mechanicznych, i 570 Nm momentu obrotowego. Auto waży 1680 kilogramów (sporo jak na sportowy model, efekt przestarzałego podwozia), do 100 km/h przyspiesza w 4,2 sekundy, i maksymalnie pojedzie 305 km/h. W wyposażeniu znajdziemy elementy podnoszące komfort, takie jak kamera cofania, nawigacja, wspomniana specjalna skórzana tapicerka, czy 1000-watowe nagłośnienie marki Bang & Olufsen. A zatem nie ma mowy o spartańskich warunkach podróży. W ramach ciekawostki warto nadmienić, iż całe nadwozie było wykonywane z aluminium i włókna węglowego, co gwarantuje sztywność, i możliwość kształtowania tak pięknych linii nadwozia.


Ale dla mnie niekoniecznie istotne są suche dane na papierze, bardziej liczy się, jakie wrażenia daje obcowanie z wozem i śmiganie nim po drogach. Akurat w tym samochodzie projektanci postanowili odpuścić sobie wyścig zbrojeń z rywalami, kto będzie miał więcej koni, czy więcej kosmicznej technologii. Skupili się na tym, żeby auto poruszało zmysły, wzbudzało emocje. Oczywiście nie jest zawalidrogą, ale jest już dzisiaj wiele szybszych od Zagato modeli. Tu jednak silnik gra tak piękne melodie, a układ kierowniczy jest na tyle angażujący kierowcę, że mamy zupełnie inne odczucia. Jazda jest trochę męcząca, ponieważ sprzęgło i skrzynia biegów chodzą z wyczuwalnym oporem. Ale to dzięki temu wszystkiemu za kółkiem chce się żyć! Pierwsze skrzypce zresztą i tak gra silnik. Pięknie wkręca się na obroty, ma niepowtarzalny dźwięk 12 cylindrów, sporo pali, i po włączeniu trybu sportowego na otwartej przestrzeni słychać go z odległości kilku kilometrów! To po prostu jakiś obłęd! :D


Podsumowując, moim zdaniem połączenie włoskiego stylu z brytyjską inżynierią wyszło tutaj naprawdę rewelacyjnie, mamy tu i sporo komfortu, i nutkę agresji w prowadzeniu, i coś, co można nazwać tylko słowem "ekskluzywność". Czujemy tu, że auto jest swego rodzaju elitarne, niepowtarzalne, i naładowane tym, czego szukają osoby kochające podróżować samochodem, tutaj niezależnie w jakim tempie. W momencie premiery Zagato kosztował 330 000 funtów (bez lokalnych podatków), czyli co najmniej 1,5 miliona złotych, dziś pewnie każdy z egzemplarzy jest wart kilkanaście procent więcej. Wiem, to sporo, ale jak już mierzyć, to wysoko ;) Ten model ma też w sobie to, czego zawsze szukam w samochodach: duszę i charyzmę, musi mieć w sobie to nieopisane coś, co przyciąga człowieka, sprawia, że myślimy o nim przez długi czas, musi zapadać w pamięć, i podbijać serca motomaniaków. I w tym miejscu nie ma żadnych wątpliwości. Aston Martin V12 Zagato jest po prostu arcydziełem sztuki!

To tyle na dzisiaj, dziękuję za lekturę materiału, i zapraszam jak zawsze na 
Fanpage na Facebook
i do śledzenia mojego bloga. Trzymajcie się! ;)





niedziela, 14 stycznia 2018

Retro Motor Show 2017




Witajcie ponownie!

Postanowiłem dorzucić specjalnie dla Was kolejną galerię zdjęć, tym razem z wystawy, która odbyła się w ubiegłym roku w Poznaniu na Międzynarodowych Targach Poznańskich (w listopadzie) pod nazwą: Retro Motor Show Poznań.

Była poświęcona klasycznym samochodom, tym bardzo starym, i tym dopiero wchodzącym w wiek starości (oczywiście według praw w motoryzacji). Pięknie odrestaurowane, wypucowane, i niesamowicie prezentujące się modele stanowiły nie lada kąsek, nawet dla mnie, zwolennika raczej nowoczesnej motoryzacji. Jednak postanowiłem pierwszy raz odwiedzić imprezę o klasycznych autach, żeby poszerzyć swoje horyzonty.

Nie przedłużając już, zapraszam do galerii, link poniżej ;)

Poznań Retro Motor Show 2017

Śmiało wchodźcie, i podziwiajcie to, co ja miałem przyjemność zobaczyć na własne oczy :)

Do następnego wpisu!


sobota, 13 stycznia 2018

Mercedes-AMG Performance Week Poznań 2017





Witajcie motomaniacy!

Zapraszam Was do obejrzenia zdjęć z wydarzenia pod tytułem: "Mercedes-AMG Performance Week Poznań 2017". W październiku ubiegłego roku z okazji 50-lecia firmy AMG w salonie Mercedesa w Poznaniu zorganizowana została wystawa najnowszych, ale i starszych, rzadkich modeli ze stajni AMG.

A zatem pozostaje mi tylko życzyć miłego oglądania :)

Wystawa Mercedes-AMG 2017
 
Do następnego wpisu!