poniedziałek, 12 października 2015

Jazda próbna - część 3


Witam Was bardzo serdecznie w kolejnym teście samochodu!




Miałem ostatnio ogromną przyjemność uczestniczyć w dniach otwartych w salonie Subaru, które odbyły się 3 oraz 4 października 2015 roku. W niedzielę 4 października odwiedziłem jedyny w województwie wielkopolskim salon, który to znajduje się w Poznaniu przy ulicy Dąbrowskiego 529A. Jednak nie udałem się tam bez powodu. ponieważ to właśnie w ten weekend nastąpiła oficjalna polska premiera nowego modelu. Uznałem, że koniecznie muszę skorzystać z okazji i przejechać się choć kawałek nowym produktem słynnej (z silników typu boxer i stałego napędu na cztery koła) japońskiej marki z plejadą w logo. A zatem prezentuję Wam bohatera testu:



Subaru Levorg 1.6 GT-S Sport

 

Wiem, wiem, taka nazwa pewnie nic Wam nie mówi, jeśli nie słyszeliście w radiu licznych reklam na temat jego premiery. I nie dziwię się, bo ten model, choć jego koncepcja jest już dobrze znana przez speców z Subaru, nosi zupełnie nową dla marki nazwę. Dlaczego koncepcja jest im bliska? Ponieważ kilka (kilkanaście) lat temu bardzo podobny pojazd już poruszał się po naszych drogach, pod nazwą: SUBARU IMPREZA SPORTS WAGON, czyli w skrócie popularna Impreza w nadwoziu kombi. 




Jak zatem widać, mamy do czynienia z wielkim powrotem tego modelu, tyle że występuje on pod inną nazwą, mającą odróżnić go wizerunkowo od kojarzącej się głównie z rajdami Imprezą WRX STI (od niedawna tylko WRX STI).




Czym dokładnie jest ten model? To w skrócie funkcjonalne, ładne kombi bazujące na podwoziu zwykłej Imprezy. Docelowymi klientami modelu są aktywne, lubiące się przemieszczać rodziny, ale też osoby poszukujące solidnego i niezawodnego (i przy okazji ładnego) środka transportu, który czasem ma za zadanie zmieścić coś więcej, niż tylko torbę na weekend. Wnosi jednak sporo świeżości do tego zestawu. Dostępny jest on tylko z nowo opracowanym benzynowym silnikiem boxer o pojemności 1,6 litra z turbo i mocy 170 KM. 



Jeśli chodzi o sam design, to myślę, że nie wyróżnia się specjalnie z tłumu innych kompaktowych kombi, jednakże pewne smaczki i detale nadają mu indywidualnego charakteru. Jeśli chodzi o mnie, bardzo podoba mi się przód zaczerpnięty z najnowszej WRX STI. Całość jest dość skromna, ale elegancka i cieszy oko, zwłaszcza gdy zdecydowaliśmy się na lakier metaliczny lub perłowy. Musicie przyznać, że pokazane na zdjęciach egzemplarze: granatowy i biały wyglądają genialnie. Dopłacasz niewiele, a auto będzie dużo lepiej cieszyć oko w przydomowym garażu. 



Łączony jest (póki co) tylko z nową, bardziej dopracowaną wersją skrzyni automatycznej o nazwie Lineartronic. Jest to konstrukcja bezstopniowa, czyli bez fizycznych biegów, jadący jakby na jednym stałym biegu, ale po przełączeniu się na tryb manualny można łopatkami przy kierownicy zmieniać wirtualnie stworzone przez komputer przełożenia, aby mieć pełniejszą kontrolę nad zachowaniami samochodu. Ta akurat technologia została już sprawdzona i montowana w wielu modelach oraz oczywiście dopracowana. Nie jest więc na pewno powodem do obaw ze strony przyszłego nabywcy.






A trzeba przyznać, że już po raczej krótkiej jeździe testowej zachowuje się on całkiem zacnie. A dokładniej rzecz biorąc, to chcę zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Po pierwsze, samochód jest dynamiczny, wyprzedzanie nie sprawia problemu, silnik chętnie współpracuje z kierowcą i sprawnie wspina się na wyższe obroty, co jest zasługą również dobrego zestrojenia Lineartronica. Skrzynia biegów reaguje na gaz dość szybką reakcją, choć zdarza się jej odrobina zwłoki, zawahania. 



Po drugie, zaimponowało mi dobre wyciszenie wnętrza, co wprowadziło atmosferę spokoju i komfortu. Tak naprawdę silnik wyraźniej słychać tylko przy bardzo mocnym wciskaniu pedału gazu. Byłem tym zaskoczony, bo wcześniej, bądźmy szczerzy, ta marka robiła (i częściowo nadal robi) auta raczej dla twardzieli, lubiących jazdę i gotowych na kompromisy. Wnętrze bywało głośniejsze, a silnik grał piękne, ale jednak dość donośne melodie. Tutaj mamy dobrą równowagę między świetnym brzmieniem silnika, a harmonią w przestrzeni pasażerskiej. Teraz ciekawostka: skórzana tapicerka jest przeszyta niebieską nicią, czyli w kolorze słynnych rajdowych barw Subaru, można by rzec nawet dziedzictwem marki :)



Po trzecie, kolejnym pozytywnym zaskoczeniem była przestronność i jakość wnętrza. Bagażnik jest bardzo pojemny, ma regularne, łatwe do pełnego wykorzystania kształty, niezłą pojemność (choć tutaj ze względu na napęd 4x4 znajdziemy lepszych), miejsca nad głową, na nogi i na szerokość też ze spokojem wystarczy dla przeciętnej rodziny. Fotele są przyjemnie sztywne, nie powodują bólu kręgosłupa, przynajmniej po krótszej przejażdżce nierównymi drogami. Bardzo dobrze trzymają w ostrych zakrętach. Jedyne, co można by im zarzucić, to drobinę za krótkie siedzisko fotela, przez co uda nie zawsze są w całości podparte owym siedziskiem. Ale jest to tylko drobiazg, który mimo wszystko nie psuje pozytywnego pierwszego kontaktu.




Jakościowo nastąpiła ostatnio duża zmiana na lepsze w Subaru. Niegdyś plastiki na desce rozdzielczej były raczej tanie (za to bardzo precyzyjnie spasowane, nic nie skrzypiało). Dzisiaj mamy w opcji skórzaną tapicerkę, która była obecna w testowanym przeze mnie modelu (bardzo przyjemna w dotyku), a same tworzywa zastosowane do wykończenia wnętrza też są niczego sobie. Oczywiście nie jest to (jeszcze) poziom marek premium, ale myślę że i tak lepszy niż w wielu autach konkurencyjnych marek popularnych. Jeszcze kilka słów o tylnej kanapie: ma wygodnie uformowany kąt oparcia, składa się w razie potrzeby w proporcji 40:60, robi się to dosłownie jednym ruchem dźwigienek umieszczonych na bocznych ścianach bagażnika, nie wymaga to wcale użycia siły, dźwignie chodzą bardzo lekko. Odnośnie bagażnika to mamy oczywiście roletę osłaniającą bagaże przed ciekawskimi przechodniami, albo po prostu odgradzającą przestrzeń z bagażem od tylnej kanapy.






Własności jezdne: tutaj naprawdę szacunek dla firmy. To chyba jeden z najlepiej jeżdżących kombi na rynku. Układ kierowniczy chodzi lekko, z delikatnym oporem, auto trzyma się drogi jak przyklejone, nie przechyla się na szybko pokonanych łukach, co jest też zasługą dobrych opon montowanych przez Subaru. Mamy tu duży zapas przyczepności i pewności prowadzenia, a napęd na 4 koła i niski środek ciężkości tylko potęgują to doznanie. 








Tył, mimo nadwozia kombi, nie ucieka, nie wpada w poślizg. Hamulce są dosyć wrażliwe, ale mogła to być wina niewielkiego przebiegu egzemplarza testowego. Łatwo przesadzić z siłą hamowania, jednak po dłuższej eksploatacji nabierzemy wprawy, a same hamulce "ułożą się", więc nie traktuję tego jako wadę projektu. Owe hamulce są skuteczne, wzbudzają zaufanie, szybko wyhamowują rozpędzony pojazd.





Wyposażenie: bogate, choć wielka szkoda, że nie mamy tu praktycznie możliwości indywidualizacji poszczególnych elementów. Mamy po prostu do wyboru 3 gotowe pakiety wyposażenia do wyboru, opcją jest tylko lakier metaliczny lub perłowy (około 2000 złotych). Z drugiej strony jednak, już bazowa odmiana oferuje prawie kompletny zestaw, w pełni satysfakcjonujący przeciętnego nabywcę. 








Cena podstawowego modelu to 28 000 euro, wersja średnia to koszt 30 000 euro, zaś najdroższa kosztuje 32 500 euro. Dokładna cena w złotych zależy od kursu waluty ustalanego na każdy miesiąc, według którego jest przeliczana. Dokładną specyfikację każdej z wersji wyposażeniowej znajdziecie tutaj , lub na stronie www.subaru.pl.
 W ramach podsumowania powiem, że gdybym faktycznie miał w kieszeni odpowiednią ilość gotówki, nie wahałbym się specjalnie nad wyborem modelu Levorg. Myślę, że nawet podstawowy model byłby satysfakcjonujący, ujął mnie wyglądem, własnościami jezdnymi, dobrym poczuciem we wnętrzu. Co jednak najważniejsze, spełniłbym chyba jedno ze swoich marzeń, bo marka Subaru jest moją marką numer 1. Podziwiam ją, kocham i szanuję. Zakup Levorga byłby dla mnie idealny w sytuacji, gdy miałbym już założoną rodzinę, mieszkał z nią i z psem (labradorem) we własnym domu z dużym garażem i dobrymi drogami nieopodal. Nic więcej wtedy w życiu nie potrzeba... :D 

Zapraszam jeszcze Was na sam dół strony ------------------>
 


I tak oto dobrnęliśmy do końca kolejnej jazdy testowej. Dziękuję za lekturę tego oraz innych materiałów mojego bloga. Mogę Was zapewnić już dziś, że wkrótce zasiądę za kółkiem kolejnych ciekawych samochodów, będą to kolejne auta współczesne, choć nie zawsze pierwszej świeżości. Ale jak to mawiają: "piękno jest ważniejsze od kalendarza" więc będzie na co popatrzeć i o czym czytać. Jak zawsze namawiam Was do komentowania artykułu, polubienia strony bloga na Facebooku, no i do śledzenia kolejnych  wpisów.


 
Do następnego ;)







niedziela, 4 października 2015

Współczesne Top 50

 

NUMER 39: Pagani Huayra

 



Witajcie w kolejnej pozycji notowania, w którym prezentuję Wam cacka wybrane przeze mnie do własnego garażu marzeń. Dziś pora na numer 39, na tym właśnie miejscu uplasował się włoski super-samochód marki Pagani, a dokładniej mam na myśli model Pagani Huayra. Zapewne nie wszyscy z Was kojarzą markę aut o takiej nazwie. I chyba nic w tym dziwnego, bo firma ta powstała dopiero w 1992 roku, zaś jej nazwa pochodzi od jej założyciela, a mianowicie Horacio Pagani.



Dlaczego wybrałem ten akurat samochód? Z kilku powodów. Po pierwsze - sam fakt, że niewielka manufaktura wytwarzająca bardzo szybkie samochody w bardzo krótkim czasie stanęła na równi z "wyjadaczami", czy inaczej mówiąc bardzo doświadczonymi w tym segmencie firmami, także z rodzimego kraju. Mówię tu rzecz jasna o np. Ferrari, Lamborghini czy Maserati. W ciągu 15 - 20 lat stworzono niemal taki potencjał i taką renomę, jaką pozostałe wymienione marki musiały wypracowywać przez 40, 50 czy 60 lat. To daje do myślenia.




Po drugie: mam odczucie, że w obecnych czasach przejeżdżające ulicą Ferrari, Maserati czy Lamborghini (o ile nie dzieje się to we Włoszech - tam rodzime auta traktuje się jak bóstwo) nie wywołuje fali emocji, pstrykania smartfonami i masowego oglądania się za nim aż do momentu stracenia go z oczu. Sam miałem okazję ostatnio zobaczyć ową sytuację. Otóż stoi sobie blisko mnie na zwykłym ulicznym parkingu piękny, perłowobiały Ferrari FF, który spokojnie przekracza cenę salonową 1 miliona złotych, stoi tam co najmniej kilka godzin, zaś chyba dopiero co czwarta czy piąta przechodząca obok osoba dostrzega piękno tej ekskluzywnej maszyny. Pozostała część przechodzących jakby widziała taki model równie często jak VW Golfa i nawet nie rzuciła okiem, nie wspominając o obracaniu się czy zatrzymaniu na chwilę.



I właśnie tutaj Huayra (bardzo dziwna nazwa, przyznajcie) ma pole do popisu, bo jest nietuzinkowa, nie kopiuje designu konkurentów, jest oryginalna, wyznacza nowe ścieżki, gdy chodzi o detale zewnętrzne, ale też i wewnętrzne. Nie idzie utartym szlakiem, czyli tworzeniem terenówek, sportowych sedanów, czy aut za przystępną cenę. Ma swój styl, charakter, i co typowe dla aut z Italii, duszę i charyzmę. 



Co więc dokładnie przykuje tu naszą uwagę? Po pierwsze, małe, dyskretne podwójne reflektory przednie, potem znaczek producenta umieszczony nietypowo tuż przy krawędzi szyby, następnie lusterka w kształcie łezki czy jak twierdzą inni "kobiecych linii oczu". Dalej zauważymy tylne światła w bardzo nietypowej konfiguracji żarówek, mamy też cztery rury wydechowe ułożone w kształt kwadratu. Przyglądając się dłużej dostrzeżemy cudownie płynące niczym fale linie nadwozia, szczególnie po bokach, a także liczne wloty powietrza służące poprawie aerodynamiki oraz głęboko schowane (w porównaniu do przednich) tylne felgi. Mamy tu też tylną szybę w kształcie litery D, a także ogólnie bardzo zwarte i przyczajone niczym polujący kot proporcje. A zatem liczne smaczki, typowe dla włoskich designerów, nie pozwolą nam szybko znudzić się podziwianiem tego dość rzadkiego, choć nielimitowanego liczbą sztuk auta.



Po trzecie - osiągi tego włoskiego dzieła sztuki nie pozostają ani trochę w cieniu jego estetyki. Pod maską, a raczej za przednimi siedzeniami (ma silnik umieszczony centralnie, jak Audi R8), umieszczono silnik (czy raczej agregat) produkcji AMG, oddziału specjalnego Mercedesa do spraw tuningu. Ma on 6 litrów pojemności, dwanaście cylindrów, podwójne doładowanie i aż równy 1000 niutonometrów momentu obrotowego. Osiąga 730 koni mechanicznych. Do 100 km/h przyspiesza w nieco powyżej 3 sekundy, a maksymalnie pojedzie około 380 km/h. 


Dla mniej technicznych czytelników powiem krótko: TEN WÓZ JEST DIABELNIE, NIEWYOBRAŻALNIE SZYBKI. Ale żeby nie było, nie wybrałem go tylko dlatego, że ma dużą moc i oryginalny wygląd. Ma też kilka ciekawostek czyniących z niego unikat wśród rywali (McLaren P1, Lamborghini Aventador czy LaFerrari). A mianowicie po dziś dzień Pagani Huayra jest liderem tablicy czasów okrążenia toru TopGear (lotnisko w Dunsfold). Z czasem 1:13.8 prawdopodobnie długo nikt jej w tym osiągnięciu nie przebije. 



A coś bardziej przyziemnego? Proszę bardzo: logo samochodu produkowane jest z bloku aluminium przez okrągłe 24 godziny. Chcecie jeszcze trochę informacji? Proszę bardzo.
Nazwa auta pochodzi od imienia starożytnego boga wiatru. Wnętrze zostało wykończone na przemian aluminium, stalą i skórą, oczywiście wszystko najwyższej możliwej jakości. Sam projekt wnętrza mógłby służyć za temat wykładu na temat sztuki nowoczesnej. Kokpit przypomina trochę ten z samolotów, może nawet myśliwców (wybaczcie, nie jestem w tej materii znawcą).



Sam wóz prowadzi się dość pewnie dzięki aktywnej aerodynamice, jest przyczepny i i wielkimi haustami nabiera prędkości, niczym spragnione dziecko pochłaniające butelkę napoju. Ma bardzo szerokie opony, dopracowane podwozie, duży docisk. Siedzi się w nim nisko, zza pleców dobiega świst dobiegający z turbosprężarek, a przed nami horyzont znika i rozmywa się w tempie błyskawicznym, ledwie wychwytywanym przez ludzkie zmysły. Do dyspozycji mamy 7-biegową, sekwencyjną (w skrócie automatyczną) skrzynię biegów, którą błyskawicznie zmieniamy kolejne przełożenia.



A ile kosztuje ten ostateczny pogromca superaut i jednocześnie kandydat na przyszłą legendę motoryzacji? W podstawie należy mieć przygotowane około 4 miliony złotych, jeśli zaś zechcemy mieć na pokładzie dodatki w stylu kamery cofania, zaciski hamulców w dowolnym wybranym przez siebie kolorze, nadwozia wykonanego z ultralekkiego włókna węglowego, czy dwubarwny lakier nadwozia, to trzeba będzie dołożyć jeszcze 1 skromny milion. Może i nie jest to okazja cenowa, będąca poza zasięgiem większości żyjących na tym świecie, ale pomyślcie: za 30-40 lat ten wóz będzie na aukcjach samochodowych osiągał kwoty zapewne 5-krotnie wyższe. 




Potraktujmy więc Huayrę na dwa sposoby: jeden - ten najbardziej prozaiczny - niech daje nam niezapomniane, oderwane od rzeczywistości wrażenia z jazdy, karmi nas pięknem i emocjami, uzupełnia w nas niedobory adrenaliny.  A ten drugi - długoplanowy - będzie pewną inwestycją na przyszłość, lokatą, sposobem na uniknięcie działania inflacji, o ile zdołamy utrzymać nasz egzemplarz w dobrym, oryginalnym stanie przez długie lata.
To jak, zaczynamy zbierać? :D 


Dziękuję za przeczytanie powyższego artykułu, zapraszam na kolejne materiały, premiera już niedługo! Zapraszam jak zawsze do komentowania, polubienia profilu na facebooku, czekam też na Wasze propozycje aut i wrażenia z jazdy Waszymi własnymi.

Do następnego! :)



 Źródła zdjęć: NetCarShow , Car Icos