niedziela, 30 października 2016

Współczesne Top 50



NUMER 36: LEXUS IS-F (2008)

 



Witajcie ponownie motomaniacy! :)

Jak widzicie, następne auto w moim notowaniu ponownie pochodzi z Japonii. Ale niech Was to nie zmyli, bo pod nazwą kojarzącą się z kwitnącymi wiśniami kryje się pojazd mający dużo wspólnego z amerykańskimi muscle-cars, a także z najlepszymi europejskimi konstrukcjami. Zacznijmy jednak od początku.

Domyślam się, że gdy słyszycie słowo LEXUS, pierwsze co przychodzi Wam na myśl, to oczywiście luksus, bogate wyposażenie, bardzo dopracowana wygoda jazdy, izolacja od świata zewnętrznego, czyli innymi słowy wyśrubowany poziom, w jakim kierowca i pasażerowie są "przewożeni" z punktu A do B. Niewątpliwie macie dużo racji, bo marka Lexus właśnie do takich celów została powołana przez Toyotę pod koniec lat 80-tych. Produkty tej marki miały stanowić odpowiednik samochodów Toyoty, tylko że w klasie premium, o jedną, a nawet dwie półki wyżej. Okazało się, że pośród wszystkich Audi, Mercedesów, BMW, ale też Infiniti, Acury, i tym podobnych, ten pomysł okazał się bardzo trafiony.


Znalazło się dużo klientów, którzy docenili stopień dopracowania konstrukcji, najwyższą jakość wykończenia, porównywalny z rywalami komfort jazdy, i stopień rozpieszczania jadących. Ponadto auta te okazały się bardzo niezawodne, bezawaryjne, czym potwierdziły opinię utrwaloną już wcześniej na temat Toyoty i innych japońskich konstrukcji. Przez kolejne lata sub-marka Toyoty utrwaliła swoją pozycję, i co ważniejsze, utrwaliła klientom, jakie są jej największe atuty i cechy charakterystyczne.


Jednak przyszedł moment, w którym zarząd firmy postanowił nadać swoim samochodom więcej agresji, świeżości, dynamiki, zarówno pod względem prowadzenia, jak i samej estetyki nadwozia, nie zapominając jednak o tych cechach, które wcześniej pielęgnowali. Tak naprawdę wszystko zaczęło się właśnie od Lexusa IS-F w roku 2008, o którym za chwilę. Po nim zaprezentowany został genialny, jedyny w swoim rodzaju model LFA, który ze swoim ryczącym za plecami kierowcy i pasażera silnikiem V10 (był umieszczony centralnie, przez co zniknęła tylna kanapa), tylko dwoma miejscami i wspaniałym prowadzeniem, z wielkim impetem przedarł się przez tuzy tego segmentu aut, udowadniając, że Lexusy są nie tylko dla leniwych osób i biznesmenów w podeszłym wieku, jak to się wówczas przyjęło. 



Dalej było już tylko lepiej, bo design kolejnych modeli zyskiwał na agresji i ostrych liniach, wielka osłona chłodnicy z przodu, niczym otwarta paszcza, do tego ostre kanty i przetłoczenia, wszystko to z początku było niezłym szokiem dla wyznawców marki i przechodniów patrzących na te auta. Dzisiaj Lexus oferuje nawet 2 samochody typu coupe, czyli 2-drzwiowe auta o sportowym charakterze, pięknej sylwetce i tylnym napędzie, ale niepozbawione codziennej użyteczności (silnik umieszczony normalnie, czyli z przodu, tylna kanapa, i niezłej wielkości bagażnik).



Okazało się, że firmie wyszła ta zmiana na dobre. Samochodów marki Lexus (przynajmniej ja) widzę na ulicach o wiele więcej, niż jeszcze choćby 5, czy 10 lat temu. Częściowo także dlatego, że Lexus ma teraz bogatą ofertę modeli, od hybrydowego hatchbacka, aż po dużą luksusową terenówkę, oraz luksusową limuzynę klasy wyższej.

Uff, ale się rozpędziłem :D Wróćmy w końcu do modelu IS-F, którego zdecydowałem się przypiąć do listy najlepszych współczesnych aut. Dlaczego jest na tej liście?

Powodów jest kilka. Po pierwsze, to on zapoczątkował rewolucję, choć głównie pod karoserią. Przede wszystkim to pierwszy model marki firmowany przez fabryczny dział tuningowy marki: "F" (to taki odpowiednik "AMG" w Mercedesie albo "M" w BMW). Pod maską tego modelu znalazł się wolnossący, niedoładowany silnik V8 o pojemności prawie 5 litrów, o mocy 420 koni mechanicznych, i momencie obrotowym 505 niutonometrów. Jednostka ta pozwoliła autu rozpędzić się od 0-100 km/h w mniej niż 5 sekund, i podróżować z maksymalną prędkością 270 km/h (elektronicznie ograniczoną), co w niewielkim sedanie stanowi wartości co najmniej imponujące. Warto wspomnieć, że w trybie SPORT i z wyłączoną kontrolą trakcji potrafi rozpędzić się "do setki" jedynie w 4,4 sekundy! To przecież stanowi normę dla aut o klasę lepszych! :)



Po drugie, modyfikowanie zwykłego modelu IS, na którym bazuje sportowa wersja z dopisaną literą F, nie skończyło się przecież tylko na silniku. Inżynierowie zmodyfikowali również zawieszenie pod kątem lepszego prowadzenia, zamontowali lepsze hamulce i lepiej trzymające opony, czyli w sumie standardowa procedura. Co ciekawe, przy projektowaniu modelu uczestniczyli specjaliści z zespołu F1 Yamahy. Kolejnym elementem, który pozwolił na uzyskanie takich parametrów, jest 8-biegowa automatyczna skrzynia biegów. Zmienia ona przełożenia w 0,1 sekundy, czyli bardzo szybko :)


Po trzecie, tylko spójrzcie na to auto! Jego aparycja wręcz sama zachęca, żeby wsiąść, i trochę "pochuliganić", przypalić gumę, podriftować, czy po prostu z rozbrajającą  łatwością rozpędzić ważące 1700 kilogramów (spora masa, jak na ten segment, taka jest cena za wysoki komfort) auto do maksymalnej dozwolonej w waszym kraju prędkości (chyba że mieszkacie w Niemczech, wtedy nieco dłużej). Uwagę przykuwają elementy zaprojektowane specjalnie do tego modelu, takie jak: maska z wyraźnym wybrzuszeniem (silnik ponoć ledwo się pod nią zmieścił, stąd takie rozwiązanie), szerokie wloty powietrza z przodu, rozdęte, poszerzone nadkola, specjalne 19-calowe felgi (o małej wadze), dyskretny spojler na tylnej klapie, oraz coś, co mnie osobiście szczególnie "bierze", czyli 2 podwójne końcówki wydechu, ułożone w pionie, co jest oryginalnym, rzadko stosowanym rozwiązaniem. 


Z drugiej jednak strony nie jest na tyle ostentacyjny, że wszędzie będziecie w centrum uwagi. W ciemnym kolorze jest w sumie dość dyskretny. Przynajmniej dopóki nie wdepniecie gazu do podłogi, bo wtedy rozbrzmiewa istna symfonia dla ucha. Najpierw niezły basowy wstęp, a potem już sama esencja dźwięku V8. Czy wiecie, że Lexus do projektowania modeli z linii F zatrudnia tzw. akustyków? Mają oni za zadanie wydobyć z silnika i innych podzespołów jak najlepsze dźwięki, wzbudzające emocje, oraz wyeliminować, lub chociaż ograniczyć te niepożądane, przez które nasz szeroki od ucha do ucha uśmiech mógłby zostać choć odrobinę stłumiony.


Ale bądźcie spokojni, spece z Lexusa nie zapomnieli o tym, co w ich autach równie ważne, czyli niebagatelny komfort podróżowania. Ponieważ w katalogu wersja F była tą topową, najdroższą, standardowo w cenie około 360 tysięcy złotych (za tyle był sprzedawany jako nowy, produkcja zakończyła się w lipcu 2014 roku), mogliśmy uświadczyć kompletne wyposażenie, praktycznie wszystko było już w cenie. Co konkretnie dostawaliśmy?


Uwaga, wymieniam, chwilę to zajmie: elektryczne wspomaganie kierownicy uzależnione od prędkości jazdy (EPS), ABS, TRC, EBD, system wspomagania awaryjnego hamowania (BA), zintegrowany system zarządzania dynamiką pojazdu, tylny dyferencjał o ograniczonym poślizgu, dwustopniowe poduszki powietrzne, przycisk wyłączający poduszkę powietrzną pasażera, system uruchamiania pojazdu za pomocą przycisku "Start", nawigacja GPS na twardym dysku, system audio klasy premium Mark Levinson (14 głośników), radio FM/MW/LW z RDS, 7"calowy dotykowy wyświetlacz multimedialny,  Bluetooth, asystent parkowania, tempomat, elektryczna regulacja przednich foteli, filtr przeciwpyłkowy, system oświetlenia wnętrza ułatwiający wsiadanie do pojazdu, aluminiowe nakładki na pedały, czujniki parkowania, deszczu oraz zmierzchu, reflektory biksenonowe, elektryczny szyberdach, sterowanie głosowe zestawem audio, klimatyzacją, nawigacją, telefonem, przyciemniane szyby z filtrem promieniowania ultrafioletowego (UV). 


Jak więc widzicie, trochę tego było, tak więc może i na pierwszy rzut oka kwota 360 tysięcy złotych wydaje się dość wysoka jak za niewielkiego sedana, ale po zsumowaniu wszystkich jego walorów moim zdaniem jest, a raczej już była to bardzo korzystna oferta. Tym bardziej, jeśli znajdziemy używany, kilkuletni, zadbany egzemplarz na rynku wtórnym, zapłacimy jeszcze znacznie mniej. Co jeszcze przemawia na jego korzyść? Dla mnie duża zaletą jest to, że staje na równi z innymi autami tego segmentu, stawił czoła trudnym konkurentom i wyszedł obronną ręką z tej potyczki. W związku z tym stanowi doskonałą alternatywę dla, bądźmy szczerzy, trochę już opatrzonych szybkich sedanów spod znaku Mercedesa, Audi i BMW.


Wygląda bosko, brzmi bosko (koniecznie zobaczcie na YouTube i posłuchajcie!), jeździ bosko, cóż więcej powiedzieć? Aha, jest bardzo dopracowany w sensie technicznym, także przy dobrym traktowaniu odwdzięczy się ponadprzeciętną bezawaryjnością, oraz długoletnim dostarczaniem Wam mnóstwa szczęścia po każdej przejażdżce. Nieważne, czy w wyczynowym, czy w dostojnym, relaksującym tempie ;) 

Jest jednak jedna rzecz, która bardzo mnie martwi. Lexus obecnie oferuje kilka modeli sygnowanych literą F, ale wśród nich próżno szukać następcy mojego faworyta, czyli modelu IS-F drugiej generacji. Jest tylko wersja F-Sport, ale to trochę ściema, bo poza sztywniejszym zawieszeniem, lepszymi fotelami i nieco bardziej agresywnym pakietem stylistycznym nie oferuje nic więcej. Nie pozostaje mi nic, tylko mieć nadzieję, że przy okazji właśnie przeprowadzonego liftingu będzie czekać mnie miłe zaskoczenie. Ponieważ ostatnio Lexus bardzo rozszerzył linię F, jestem w stanie im to wybaczyć, przecież nie daliby rady wziąć na warsztat od razu wszystkich modeli ze swojej palety.



Na razie z sympatią i radością podziwiam na ulicy egzemplarze 1 generacji, ma coś w sobie, przyciąga moją uwagę, a w moim przypadku to wcale nie takie łatwe. Jest to jedno z tych aut (tak jak zresztą wszystkie pozostałe auta z zestawienia Współczesne Top 50), które nie tylko uwielbiam, ale przede wszystkim chcę mieć, pożądam go. Może wydaje Wam się to nieco dziwne, ale jest pewna granica, która oddziela auta, które "tylko" się podobają, po jednej, czy dwóch przejdżkach "spowszednieją" posiadaczowi, od tych, które człowiek z całego serca pragnie mieć na własność, posiadać, jeździć nimi. 

Na koniec dodam jeszcze, że jest to bardzo wszechstronny pojazd. Z jednej strony świetnie sprawdzi się na co dzień (przy lekkim operowaniu gazem) ;) Z drugiej zaś gdy zechcemy się wyszaleć, wycieczka na tor albo na kręte, malownicze drogi, również będzie idealnym kandydatem. Możemy spalić gumy i słuchać pięknej melodii spod maski, gdy maksymalnie go przyciśniemy, on jednak ciągle będzie domagał się więcej!
 
Być może kiedyś moja lista pożądanych wozów się skurczy, chociaż o kilka pozycji, za to garaż urośnie. Życzę tego również, a może przede wszystkim Wam, moim czytelnikom i znajomym! :D

Dziękuję, że poświęciliście swój czas na przeczytanie mojego artykułu, w sumie jak skończyłem go pisać, to okazało się, że dosyć długiego :) 
Jak zawsze zapraszam na mój fan page na Facebook, komentujcie, dajcie lajka, i wypatrujcie na ulicy dzisiejszego bohatera :)   ---> PJ Moto-blog FB Fan Page


Do następnego wpisu! ;)


 Źródło zdjęć: NetCarShow IS-F (Europe) , NetCarShow IS-F (USA) 



wtorek, 28 czerwca 2016

Współczesne Top 50

 

NUMER 37: Bentley Continental GT3-R (2015)

 


Witam Was serdecznie w kolejnym artykule! Jak widzicie po tytule, tym razem chciałbym zaprezentować kolejne auto, na widok którego, czy też na myśl o nim, moje motoryzacyjne, pełne benzyny serce, zaczyna zmieniać ton na szybszy.
Być może niektórzy z Was będą nieco zdziwieni, że do zestawienia wymarzonych aut dobrałem akurat model marki Bentley. Uwierzcie mi jednak, że jest wiele powodów, dla których ta, wydawałoby się, stateczna firma, produkująca najwyższej klasy luksusowe samochody, potrafi też dodać do swojego asortymentu cech wyróżniających odrobinę sportu, ostrości i żądzy prędkości.

A zatem, dlaczego Continental? I akurat wersja GT3-R?


Po pierwsze, nie zachodząc jeszcze w szczegóły, uważam, że model Continental jest w obecnym wcieleniu bardzo dobrym samochodem, który coraz skuteczniej łączy wydawałoby się sprzeczne ze sobą cechy, a mianowicie dające frajdę i emocje prowadzenie, oraz zapewnienie najwyższego poziomu komfortu, niezależnie od warunków zewnętrznych. Rzecz jasna, nie spodziewajmy się tu poziomu Ferrari czy Lamborghini, bo Bentley ma dość rozbieżne od nich priorytety, ale jak na masę 2195 kg (w przypadku wersji GT3-R), ten model naprawdę nieźle potrafi radzić sobie na krętych wirażach. Czasem zdaje się wręcz prowadzić zbyt dobrze, jak na swoje gabaryty, i wraz z kolejnymi kilometrami zaczynamy zastanawiać się, czy aby przypadkiem producent nie podał nam masy z maksymalnym obciążeniem, zamiast masy podstawowej, bez balastu.



Po drugie, wersja GT3-R, będąca namiastką, hołdem dla wyczynowej, niedopuszczonej do ruchu drogowego wersji GT3, startującej na torach wyścigowych serii o tej samej nazwie (GT3), wygląda w mojej opinii bardzo korzystnie. Dodatkowy spojler, poprawiający docisk tyłu i wygląd, dyskretne ospojlerowanie na progach i przednim zderzaku, oraz tylny dyfuzor wykonany z lekkiego włókna węglowego, sprawiają, że spotykając na parkingu inny egzemplarz Continentala, będziemy mogli przechwalać właśnie tym, czego nie oferuje standardowa odmiana. Aha, no i kalkomania. Bardzo przypadło mi do gustu oklejenie nadwozia zielonymi paskami, nad którymi w okolicach tylnego lewego błotnika i dla odmiany prawego przedniego widnieje emblemat "GT3-R". Uwielbiam takie fabryczne okleiny! Zaznaczam, że tylko fabryczne! :D Bo na ogół te dorabiane przez właścicieli rzadko upiększają auto, raczej je szpecąc...
Warto też zwrócić uwagę na tzw. "smaczki". Mam tu na myśli przyciemnione klosze reflektorów, lakierowane na czarno 21-calowe felgi, a także czarne wloty powietrza z przodu i na masce, oraz lusterka. Te wszystkie zabiegi kolorystyczne stanowią doskonały kontrast, i dopełnienie niemniej pięknego białego lakieru o ciekawej nazwie "Glacier White" (biały lodowiec). Wspomniałem już, że cudowna kalkomania? :)




Wciąż za mało? Spokojnie, już wymieniam dalej. Spójrzmy teraz na to, co inżynierowie pogrzebali w modelu, aby usprawnić jego właściwości jezdne, czyli to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, to co schowane pod karoserią. W porównaniu do zwykłej wersji V8, GT3-R jest lżejszy o 100 kg. Pod maską pracuje benzynowe V8 o pojemności 4 litrów z dwiema turbosprężarkami, który wyciska 580 koni mechanicznych i 700 Nm momentu obrotowego. 8-biegowy automat ma skrócone przełożenia, co poprawia przyspieszenie, ale pogarsza niestety prędkość maksymalną, która wynosi "jedynie" 274 km/h. Do 100 km/h przyspiesza w 3,8 sekundy, co jest zasługą skutecznego napędu na 4 koła. Jak na takiego opasa, to bardzo dobry wynik. Otrzymał też potężne hamulce węglowo-ceramiczne, które są wręcz niezbędne przy takiej masie i mocy. Zawieszenie utwardzono, aby prowadził się lepiej od bazowego modelu.






 
Warto też wspomnieć o niebanalnym wnętrzu, w którym zostaniemy po królewsku ugoszczeni. Chociaż model został odchudzony, nie poczujemy tego siedząc w środku. Wszędzie, gdzie rzucimy okiem, jakość wykończenia i materiałów to mistrzostwo. Dominuje skóra i alcantara, a na desce rozdzielczej włókno węglowe. Ciekawostką jest ubarwienie wnętrza wieloma detalami w kolorze zielonym, takim jakim wykończona jest kalkomania na karoserii. 




To poniekąd odniesienie do brytyjskich korzeni, bo jak wiemy Bentley wywodzi się z Wielkiej Brytanii, nawet jeśli obecnie należy do niemieckiego giganta (Volkswagena). Bierze się to stąd, że w dawnych latach brytyjskie samochody wyścigowe miały najczęściej ciemny zielony kolor (o nazwie British Racing Green), jest to ich znak charakterystyczny, tak jak czerwień dla Ferrari, czy niebieski dla Subaru. Jedyne, co zmniejsza nam funkcjonalność na co dzień, to brak tylnej kanapy, ale moim zdaniem komu zależy na tylnych miejscach, ten powinien wybrać inny model z gamy tego producenta. Za to mamy trochę więcej przestrzeni na bagaż.





Podsumowując, Bentley stworzył chyba najbardziej fascynujący, wzbudzający emocje model od dawna, a w przyszłości ma być pod tym względem jeszcze lepiej. Jest to doskonały towarzysz do dalekich podróży, np. przez całą Europę, czy nawet dalej. Kiedy tego oczekujemy, ma ogromną rezerwę komfortu i bezpieczeństwa, ale kiedy przyjdzie nam ochota, możemy zabrać go na kilka rundek po torze wyścigowym. 




A kiedy już się na owym torze pokażemy, będziemy mogli przechwalać się, że mamy jeden z tylko 300 wyprodukowanych egzemplarzy GT3-R, którego cena wyniosła około 350 000 euro, czyli w przybliżeniu jakieś 1,5 miliona złotych. Tak, wiem, że to dużo, ale bądźmy szczerzy, czy Bentley był kiedyś tanim samochodem? Weźmy pod uwagę, że już za kilka lat wartość tego modelu wzrośnie, i to znacznie, a za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, wartość będzie kilkukrotnie wyższa. No i będziemy mieli fajne naklejki na nadwoziu. Co nie znaczy, że powinniśmy go chować pod plandeką, i trzymać w bezruchu przez te 20 czy 30 lat. Przeciwnie! Jeździjmy, cieszmy się nim, ponapawajmy się tym luksusem i unikatowością. Życie jest przecież krótkie ;)





 
To tyle na dziś, mam nadzieję, że nieco rozbudziłem Wasze apetyty i wewnętrzne benzynowe pragnienia, do następnego wpisu! :D


Źródło zdjęć: NetCarShow